Wyszukiwarka biletów lotniczych

Wielka wyprawa Magdy i Marcina

Relacja z podróży

Właściciel:magdamarcin

Tutaj znajdziecie relacje z podróży Magdy i Marcina do Ameryki Centralnej. Umieszczać będziemy tu również mapkę, która wskaże, gdzie obecnie znajdują się podróżnicy.

Powrót do domu

20,21 Styczeń 2012 r.

 

Marcin:

 

Cały nasz powrót do domu odbył się bez przeszkód. Czyli zupełnie inaczej, niż pierwsze dwa tygodnie naszej podróży. Tym razem bez problemu udało się nam dostać na lotnisko, nadaliśmy nasze bagaże, które w komplecie dotarły do Krakowa i żaden samolot po drodze się nie zepsuł. W Krakowie trafiliśmy prosto w ręce troskliwego Taty, który czekał na nas na lotnisku wraz z torbami wypchanymi „zimowymi” ciuchami.

 

Dobiegł koniec naszej podroży po Ameryce Centralnej, w samolocie podsumowaliśmy więc naszą wyprawę:

 

Najfajniejszy kraj:

Kolumbia – kraj, w którym żyją ludzie obdarzający ciepłem i serdecznością każdego napotkanego człowieka. Kolumbia jest miejscem przemian. Mnóstwo osób mówi o niej źle, ale najprawdopodobniej wynika to z faktu, że była ona demonizowana przez lata i brzydka łatka do niej pasuje. Jadąc do Kolumbii zapomnijcie o wszystkim co słyszeliście na jej temat. To państwo, w którym żyje nadal mnóstwo plemion Indiańskich, żyjących z dala od cywilizacji. To kraj żyzny i wesoły. Pomimo nieustannych zmagań w kartelami narkotykowymi i innymi siatkami przestępczymi, w Kolumbii jest coraz bezpieczniej. W tym kraju moglibyśmy kiedyś mieszkać. Na drugim miejscu kwalifikuje się Nikaragua, która oferuje dziką przyrodę każdemu łaknącemu przygód podróżnikowi. Dodatkowo jest to tani do podróżowania kraj i jeszcze mało popularny turystycznie. Po obu krajach moglibyśmy podróżować bardzo długo i zapewne kiedyś tam wrócimy :) 

 

Najgorszy kraj:

Wenezuela – ruina gospodarcza, będąca efektem polityki jej przywódcy. Socjalizm zaczyna mocno rozwijać skrzydła i coraz dotkliwiej widać jego działanie. Służby mundurowe są skorumpowane, a przemysł narkotykowy i jego dystrybucja kwitną jak krokusy na czole Turbacza na wiosnę. Mieszkańcy zmuszeni są do oszukiwania i częstych kradzieży, ponieważ to jedyna szansa by przetrwać w tym drogim kraju – na przeżycie dnia potrzeba 60 dolarów. Zaletą tego kraju są na pewno piękne Wenezuelki i dzika przyroda.

 

Najpiękniejsze kobiety:

Oczywiście Polki J na drugim miejscu Wenezuelki i Kolumbijki.

 

Najbrzydsze kobiety:

Jeszcze niedawno uważałem, że wszystkie kobiety są piękne, ale w Panamie zmieniłem zdanie.

 

Najbardziej niebezpieczne miejsca:

Do miejsc, które należy unikać należą zdecydowanie dwa miasta leżące po obu stronach Kanału Panamskiego. Mowa o Colon (okolice dworca i Kanału Panamskiego) oraz Panama City (Casco Viejo i Panama Viejo). W tych miastach kwitnie przemyt, głównie narkotykowy. Należy też być bardzo ostrożnym w każdej ze stolic. W Bogocie strach się bać w dzielnicy Santa Fe. Chociaż jest to centrum miasta i najstarsza jego część, żyją w niej głównie prostytutki, narkomani, mordercy i złodzieje. Oczywiście można tam spotkać też dobrych ludzi, ale tylko w dzień. W nocy lepiej się tam nie zapuszczać. Jeśli to możliwe, należy unikać wędrówek z plecakami po zapadnięciu zmroku. Cała Wenezuela jest terenem bardzo niebezpiecznym. W Caracas kierowcy podszywający się pod taksówkarzy porywają turystów z lotniska. Przy granicy okradają lub oszukują, a samotnych podróżników można znaleźć w kostnicy. W Wenezueli odradzamy podróżowanie za pomocą „stopa”. W Nikaragui lepiej nie kapać się w Pacyfiku na plażach w okolicy miasta Leon. Zdradliwe fale potrafią się bawić człowiekiem, łatwo jest zrobić sobie krzywdę. Trzeba być też ostrożnym na południu Kolumbii, gdzie grasują kartele narkotykowe i partyzanci teoretycznie „broniący ludu”, a w praktyce mordujący napotkanych ludzi z powodów czysto rabunkowych.

 

Wulkany:

Najzabawniejszy wulkan to błotny El Totumo w Kolumbii. Najładniejsze i najbardziej symetryczne wulkany to Concepcion na wyspie Ometepe i Momotombo leżący w sąsiedztwie zaginionego miasta Leon Viejo. Oba wulkany znajdują się w Nikaragui. Krater robiący na nas największe wrażenie widzieliśmy również w Nikaragui – Nindiri leżący w sąsiedztwie miasta Masaya. Na drugim miejscu polecamy krater wulkanu Poas w Kostaryce.

 

Miejsca nurkowe:

Polecamy nurkowanie przy południowych plażach Dominikany. Na północy też są ładne rafy i ciekawe wraki, ale woda jest mętna. W Kolumbii przepiękne rafy można oglądać w Parku Tayrona i na wyspach Rosario. Idealnie przejrzysta woda występuje też na wyspach Archipelagu San Blas w Panamie (a jest co tam oglądać).

 

Najciekawsze miejsca:

W Kolumbii warto zobaczyć muzea w Bogocie, całe wybrzeże karaibskie oraz region kawy. Nie mieliśmy już czasu na wędrówkę przez Sierra Nevadę i udanie się do Ciudad Perdida, ale podobno przejście przez dżunglę jest ciekawsze niż samo zaginione miasto. Mamy więc po co wracać do Kolumbii. W Nikaragui można podróżować przynajmniej przez trzy miesiące, bowiem 1/5 powierzchni kraju to parki lub rezerwaty przyrody (Chocoyero i La Flor oraz wszystkie wulkany). Na Dominikanie warto zanurkować i udać się na plażę Punta Cana. Przy półwyspie Samana można napotkać wieloryby i delfiny. W Kostaryce parki narodowe są małe, ale ładne. Niestety są tez drogie. Koniecznie trzeba zobaczyć Tortugero, najlepiej popłynąć samotnie kanoe w głąb dżungli jednym z licznych kanałów rzecznych. W Panamie najbardziej podobał się nam archipelag San Blas. Wenezuela okazała się dla nas zbyt droga i niebezpieczna, dlatego choć BARDZO chcieliśmy zobaczyć kilka miejsc i spędzić w niej więcej czasu, nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Ze zdobytych przez nas informacji wiemy, że warto udać się na spływ do Delty Orinoko i wyprawę do najwyższego na świecie wodospadu - Santo Angel.

 

Najtańszy kraj:

Nikaragua – 10 dolarów na dzień.

 

Najdroższy kraj:

Wenezuela – 60 dolarów na dzień.

 

Ludzie:

Najlepsi ludzie zamieszkują Kolumbię. Najlepsi z najlepszych pochodzą z okolic Medellin i regionu kawy. Najgorszych można spotkać we wszystkich miejscach wspomnianych w temacie „najbardziej niebezpieczne miejsca”. Kulturalnie najmniej ciekawi ludzie żyją na Dominikanie.

 

Pozostało jeszcze napisać coś o tańcu, Piratach z Karaibów i skarbach, które odkryliśmy.

 

 

Kochamy i uwielbiamy tańczyć. Kiedy lecieliśmy do miejsc, z których pochodzi salsa i bachata, myśleliśmy, że znajdziemy się w tanecznym raju. Częściowo tak też właśnie było. Tańczy się tam bowiem nie tylko w klubach, lecz przede wszystkim na ulicach. Wystarczy, że ktoś prowadzi sklep z piwem, wieczorem wystawi przed drzwiami duże głośniki i puści głośną salsę, a szybko zbierze się tam spora grupa tańczących salseros. Tańczyliśmy więc często na świeżym powietrzu razem z mieszkańcami Ameryki Środkowej. Spodziewaliśmy się jednak, że nauczymy się czegoś więcej, i bogatsi o nowe umiejętności taneczne wrócimy do Polski. Tymczasem przyszło ogromne rozczarowanie. Na Dominikanie prawie nikt nie tańczy bachaty w kontakcie, lecz daleko od siebie i w tańcu funkcjonuje jedynie ruch w biodrach, w ramionach już nie. W pozostałych  krajach salsa i merengue ogranicza się jedynie do podstawowych figur. Ale za to poznaliśmy nowe tańce vallenato, bambuco i babale. Z pewnością kiedyś chętnie je zatańczymy.

 

Podczas całej podróży natknęliśmy się wielokrotnie na ślady piratów. Czasem pod wodą znajdował się splądrowany wrak statku, innym razem podziwialiśmy potężne pirackie twierdze, czy też zamieszkałe w dawnych czasach przez piratów wyspy. Poznaliśmy wiele legend mówiących o piratach i podróżowaliśmy ich śladami. Dotarliśmy do zaginionych miast, byliśmy w legendarnym miejscu El Dorado, szukaliśmy złota w kolumbijskich rzekach, w których do dziś znajduje się ten cenny kruszec. Oglądaliśmy mnóstwo odnalezionych figurek zrobionych ze złota i jadeitu. Zdarzały się sytuacje, że prawie weszliśmy w drogę współczesnym „piratom” handlującym białym złotem… Odkryliśmy też oryginalny grobowiec Indianina sprzed kilkuset lat. Zabraliśmy też do Polski po fragmencie każdego z wulkanów, wszak produkty wykonane z lawy wulkanicznej są ładne i wartościowe.

 

Odnaleźliśmy też wiele skarbów, które opisaliśmy w naszej relacji. Jednak najważniejszymi odkrytymi przez nas skarbami są serdeczność napotkanych przez nas ludzi, otwarte serce na drugiego człowieka i nasza wzajemna miłość.

 

Teraz kiedy wróciliśmy już do Polski chcemy najbardziej jak tylko się da pomóc Kamilowi Misztalowi, podopiecznemu Fundacji Jaśka Meli „Poza Horyzonty”. Dlatego prosimy też WAS, naszych czytelników o wsparcie rehabilitacji Kamila. A pomóc można na wiele sposobów. Zapraszamy do zakładki informującej o formach pomocy Kamilowi: http://www.pozahoryzonty.org/dladarczyncow/czytaj/id/300

 

Dziękujemy wszystkim WAM, którzy aktywnie śledziliście naszą podróż. Czuliśmy Wasze wsparcie każdego dnia. Dziękujemy za słowa otuchy w kryzysowych chwilach i zachętę do dalszej podróży. Obiecujemy też, że nie była to ostatnia nasza wyprawa, lecz będą kolejne. Tylko dajcie nam chwilę odpocząć ;) 

 

Niedługo odbędą się pierwsze slajdowiska, wystawy i akcje charytatywne na rzecz Kamila. Będziemy starali się na bieżąco informować o nich. Pierwsze odbędzie się podczas Festiwalu Podróżniczego „Bez Granic”. Zapraszamy J

 

* * *

 

Magda:

 

Mnie też wypada napisać kilka słów podsumowania takiej długiej i pełnej wrażeń eskapady.

 

Czuję się niesamowicie obdarowana przez życie. Dało mi ogromną ciekawość świata oraz zdrowie i wszelkie możliwości, by ją zaspakajać. Cieszę się niezmiernie, że Sponsor www.whynotfly.pl uwierzył w nas i dał nam kredyt zaufania, że wspólnie możemy zrobić coś naprawdę ciekawego i dobrego (i to dopiero początek!). Wiem, że to wyraz naprawdę dużej wrażliwości i otwartości szefostwa tej firmy. Czuję się bardzo obdarowana przez ludzi napotkanych na drodze – tych, którzy podwieźli nas stopem, przyjęli do domu, czy służyli ostrzeżeniem lub radą. To były gesty szczerej bezinteresowności, przyjaźni, troski, gościnności. Ogromna porcja dobra została w nas władowana – mam nadzieję, że zakiełkuje, przyniesie owoce, nie pozostanie bez reperkusji. Jestem bardzo szczęśliwa, że dzielimy z Marcinem pasje i marzenia – i że w tej podróży pojawiły się kolejne – nie tylko o kolejnych destynacjach, ale również o powiększeniu rodzinki. Wracając, jestem jeszcze bardziej zakochana w moim mężu. Choć to dziwne, bo jak wyjeżdżałam, to myślałam wtedy, że jestem zakochana najbardziej jak potrafię.

 

Życzę każdemu wytrwałości i odwagi do poszukiwania skarbów. I miłości, która uzdalnia do dzielenia się nimi. Życzę szaleństwa i sprytu, które pozwolą wykiwać każdego Pirata. No i radości z każdego kroku - i w tańcu, i w wędrówce.

(31:01:2012 10:00:44)
wejdź

Caracas

Magda - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Magda - Tańce Wśród...
Magda przy wodospadzie - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Magda przy wodospadzie -...
Niebo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Niebo - Tańce Wśród...
Wodospad - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Wodospad - Tańce Wśród...

19 Styczeń 2012 r.

 

Magda:

  

Sudoku i rękodzieło koralikowe ocaliły nas przed śmiercią z nudów. Autobus dotarł do Caracas dopiero o 12.30. Kontrole były tylko trzy, ale za to przed Caracas dwie godziny staliśmy w korku…

 

Niestety, po raz czwarty ktoś pokusił się na nasz dobytek. Za pierwszym razem na lotnisku w Caracas opróżniono klapę plecaka Marcina, i „pożyczono” wyposażenie baterii solarnej, przez co pozbawiono nas prądu w dżungli. Podczas drugiej kradzieży w Kostaryce, która najdotkliwiej nas doświadczyła, straciliśmy aparat fotograficzny z dużym zoomem. Skradziono mi też komórkę. W Kolumbii ktoś pokusił się na dwa opakowania z kawą, a dzisiaj skradziono nam kapelusz zrobiony z liści palmy. Najsmutniejsze jest to, że ten kapelusz kosztował zaledwie dwa dolary, a wykonanie go zajmuje kilkanaście minut. Poza tym w Wenezueli taki kapelusz jest czymś normalnym, a w Polsce czymś egzotycznym, więc dla nas stanowił znacznie większą wartość. Ale trzeba ukraść, bo przecież złodziej nie byłby sobą.

 

 

Z łatwością odnaleźliśmy mieszkanie Liodegara z Couchsurfingu. Akurat miał przerwę obiadową w pracy i był w domu wraz z żoną. Poczęstowali nas ciepłym, przepysznym posiłkiem – ryżem zapiekanym z soczewicą i sałatką z avokado, oraz sokiem z marakui, jednym z naszych ulubionych.

 

Liodegar jest programistą, biegle mówi po angielsku. Gdyby mieszkał w Polsce, powodziłoby mu się dużo lepiej. W Wenezueli mieszka w małym mieszkanku z zimną wodą i betonową posadzką… Ma proste, ładne, funkcjonalne nieodzowne sprzęty, jak pralka, kuchenka, komputer z Internetem, meble i hamak oraz dwa rowery powieszone na ścianie – i to byłoby wszystko. Mieszkając tu jednak, Liodegar i jego śliczna żona zapraszają obcokrajowców do domu, dzielą się swoją przestrzenią, jedzeniem, łączem internetowym, wszystkim, czym dysponują. A przede wszystkim sobą, dobrym słowem. Są to ludzie szczęśliwi i radośni, niezwykle sympatyczni.

 

Ich gościnność zawstydza mnie, gdyż często dzielę się tym, co mi zbywa, a nie tym, czego mam mało… To jest chyba standard dużej grupy społecznej w naszym świecie. Najpierw zaspakajamy głód konsumpcji, a z tego, co nam zostanie, dajemy jakąś cząstkę na Szlachetną Paczkę czy  Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Odmówimy sobie może kilku piw, obiadu w lepszej restauracji czy kolejnego zestawu ubrań, w zamian wykupując czyste sumienie: „pomogłem komuś, jestem dobrym człowiekiem, mam spokój na rok”. Już nic nie musimy robić, daliśmy kasę, jesteśmy cool. Tu wzrusza fakt, że ludzie mają naprawdę mało i niczego im nie zbywa, a potrafią podzielić się wszystkim. W Europie wielu Couchsurferów oferującym nocleg w swoim domu ma napisane na swoim profilu „Mam oddzielny pokój z łazienką, gdzie możesz spać. Możesz trzymać jedzenie w mojej lodowce, ale musisz sobie je kupić. Możesz gotować u mnie w domu, najlepiej, jak ugotujesz też dla mnie coś ze swojego kraju”. W Wenezueli jest inaczej. Raczej nie dostaniesz oddzielnego pokoju, bo rodziny są duże, a mieszkania małe; będziesz spać na wygodnym materacu rozłożonym na podłodze, tam, gdzie jest najwięcej miejsca, często w jednym pokoju z gospodarzem. Jesteś częstowany wszystkimi dobrami, gdyż gospodarz cieszy się, że próbujesz jego tradycyjnych potraw i że ci smakuje, a gdy kupisz sobie jedzenie, mówi, żebyś zatrzymał je na dalszą drogę, bo przecież w jego kraju jest drogo.  

 

Liodegar okazał się niesamowitym erudytą. Znał fakty dotyczące rozbiorów Polski, współczesną naszą historię, powiedział nam też wiele rzeczy o Maroku, o których nie mieliśmy pojęcia, mimo iż półtora roku temu byliśmy w tym kraju.  

- Z jakiego kraju najwięcej ludzi zatrzymuje się u was? – zapytaliśmy.

- Z Polski – roześmiał się Liodegar.

 

Zdziwiliśmy się bardzo i zrobiło nam się bardzo miło, gdyż całą podróż słyszymy, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy podróżują, jakich poznają spotykane przez nas osoby. „To Polacy w ogóle podróżują?” – pytano nas nie raz. Wszędzie podróżują Niemcy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Francuzi, Argentyńczycy i Amerykanie… Cóż, na koniec podróży narodziła się nam teza, która wytłumaczyłaby pobyt ludzi w domu Liodegara i ich nieobecność w innych częściach kontynentu. Mianowicie, może Polacy, którzy chcą podróżować po Ameryce Południowej lub Środkowej zaczynają od Caracas i albo ktoś kradnie im środki na dalszą podróż, albo dość nieprzyjemna atmosfera tego miasta zawraca ich do domu…

– Dość mam pytań, czy Polska to kraj w Afryce czy może prowincja Hiszpanii, jak nas pytano w Panamie czy Nikaragui. – podsumował Marcin. - Dobrze, że choć Liodegar i jego żona znają Polaków i wiedzą gdzie jest Polska. Przecież w końcu jesteśmy narodem podróżników: najpierw Kopernik udowodnił, że ziemia nie jest centrum Wszechświata i sam sporo podróżował, potem Krzysiek Kolumb odkrył Amerykę, a w minionym stuleciu nasz Papież i Wałęsa, objechali z połowę krajów.  

 

Po obiedzie wybraliśmy się do jedynego miejsca w Caracas, które rzeczywiście nam się podobało: do Parku Narodowego El Avila. Byliśmy tam już za pierwszym razem, park jednak jest spory, chcieliśmy pójść inną trasą. Jest położony w górach, w które wychodzi się bezpośrednio z centrum miasta. Park pokazuje wielkie bogactwo przyrody Wenezueli (która zapewne jest piękna) i co ważne, wstęp jest za darmo. Są tu dobrze oznakowane trasy turystyczne i miejsca biwakowe. Ponoć uważa się Park El Avila za jeden z najlepiej zorganizowanych w całej Wenezueli.

 

Wybraliśmy się szlakiem prowadzącym ku wodospadowi. Dotarliśmy do przeuroczego miejsca, w którym z kilkudziesięciometrowej skały spadała wielka struga wody, rozpryskując się na kamieniach i tworząc płytki, wartki strumień. Woda była lodowata, ale po zahartowaniu w miejscowych łazienkach nie mieliśmy problemu podejść pod sam wodospad. Miejsce było ostoją, albo raczej zieloną salą koncertową, wielu ptaków, co potęgowało jego atmosferę.

 

Wieczorkiem wróciliśmy do mieszkania Liodegara. Czekali już na nas z ciepłą kolacją – bardzo dobrymi arepami z serem i sałatką. My przynieśliśmy chilijskie wino, które wypiliśmy wspólnie, w cudownym towarzystwie spędzając ostatni wieczór w Ameryce Południowej. 

(31:01:2012 09:59:30)
wejdź

Maracaibo

18 Styczeń 2012 r.

 

Magda:

 

Upał nie współpracuje z Ambicją-Robienia-Czegokolwiek. Zrozumiałe więc, że na  „poranny” spacer na dworzec po bilety na nocny autobus do Caracas wybraliśmy się dopiero o 13.

- Idźcie rano, bo potem może nie być już biletów – uczulał nas Marcos przed wyjściem do pracy.

 

O 14 byliśmy na dworcu. Znaleźliśmy 3 okienka firm jeżdżących do Caracas.

- Na dziś nie mam już miejsc – powiedziała pani w każdym z nich, jakby wszystkie miały przykazane udzielać taką właśnie odpowiedź…

- Poszwendajmy się jeszcze, może znajdziemy coś z przesiadką – zaproponował Marcin. -  Ostatecznie możemy pojechać w czwartek na noc, prosto na lotnisko.

- Cześć! – ktoś nagle do nas krzyknął. Przed nami stał Wenezuelczyk z Couchsurfingu. – Czego, ludziska, szukacie?

- Chcemy kupić bilet do Caracas, ale tu na dziś już nie mają…

- E, nie martwcie się! Do Caracas jeżdżą jeszcze dwie firmy, które mają okienka w innych częściach dworca. Zaprowadzę was tam.

- Przykro mi, na dziś biletów już nie mam – po kilku minutach usłyszeliśmy od kolejnej pani.

 

Podeszliśmy do ostatniej firmy, z ostatnimi kroplami nadziei. Przy okienku stała 10-osobowa kolejka. Podeszłam od przodu i spytałam, czy do Caracas jeszcze mamy szansę coś dostać.

- Mam jeszcze pięć biletów.

 

Popatrzyliśmy na siebie, już prawie załamani, patrząc na długą kolejkę.

- Stańcie, bo nie wszyscy kupują bilety do Caracas, jeździmy też w inne miejsca.

 

No to ustawiliśmy się w rządku. I… stał się cud: wzięliśmy ostatnie dwa bilety na 21.15! Odetchnęliśmy z ulgą.

 

Poszliśmy jeszcze do sklepu z koralikami, dokupić półprodukty do naszej manufaktury i wróciliśmy do domu, pakować się.

 

Czule pożegnaliśmy się z Marcosem i jego familią. Szkoda, że mieszkają w takim niefajnym kraju, raczej już ich nie zobaczymy – szybko nie odwiedzimy Wenezueli ponownie…

 

Godzinę przed odjazdem musieliśmy stawić się na dworcu, by opłacić podatek od używania dworca i wypisać n kwitków, które miały uczynić włożenie naszych bagaży do luku bagażowego legalnym. Autobus okazał się całkiem do rzeczy: nowoczesny, klimatyzowany (czytaj: mrożący), z super rozkładanymi siedzeniami i podpórkami na nogi i nawet  z kibelkiem („tylko do oddawania moczu” – jak głosiła przyklejona na jego drzwiach karteczka).

 

Czeka nas teraz nocna podróż do Caracas, podobno koło 10 rano mamy być w stolicy. Ciekawe, czy znów na potęgę będzie nas kontrolować wojsko i policja. 

(31:01:2012 08:53:57)
wejdź

Maracaibo

17 Styczeń 2012 r.

 

Magda:

 

Marcos poszedł rano do pracy. Zostaliśmy z jego bratową i malutką siostrzeniczką. W 3 kobiety poszłyśmy na zakupy spożywcze. W maleńkich sklepikach z kratami w oknach kupiłyśmy podstawowe produkty. Kilo pomidorów - 2,5 dolara. Kilo melona – 2,5 dolara. Chleb – 3 dolary. I banany w przystępnej polskiej cenie, dolar za kilo.

- Inflacja w ciągu kilku lat była tak duża, że rzeczy podrożały kilkakrotnie. – wytłumaczyła mi Ana. - Teraz wszystko kosztuje dużo, a ludzie zarabiają coraz mniej… Kiedyś jeździliśmy na naszą wyspę Margarita. Dziś bilet kosztuje tyle, że mąż musiałby pracować pięć miesięcy, by na niego zarobić, tylko dla siebie…

 

Aż dziw bierze, jak funkcjonują ci ludzie. Podejrzewam, że kto może, to bierze łapówki, a kto nie ma społecznych hamulców, ten kradnie, by jakoś egzystować.

- Mam pięcioro rodzeństwa. Miałam wcześniej jeszcze brata, ale jak miał 20 lat, zabili go, bo ukradł rower. Miał daleko do pracy, zabrał czyjegoś składaka i potem nie chciał oddać…

 

Oko za oko, ząb za ząb, życie za rower…

 

* * *

 

Rodzina Marcosa była dla nas bardzo sympatyczna. Byliśmy pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu w ich domu. Żyli skromnie, jednak bardzo chcieli podzielić się z nami wszystkim, co mają. Czuliśmy się czasem wręcz niezręcznie. 

 

Poszliśmy zobaczyć centrum Maracaibo. Towarzyszył nam 45 stopniowy upał i słońce paliło skórę. Obskurnym autobusem o nawie POLAR dotarliśmy do centrum miasta i odszukaliśmy Plac Bolivara. Na środku placu stał identyczny Bolivar jak w innych latynoskich miastach, a przy ulicach okalających plac wznosiły się jedne z niewielu ładnych budynków w mieście (siedziba władz regionu, katedra, teatr).

 

Zobaczyliśmy wszystko, co miało jakikolwiek posmak artyzmu (czyli jeszcze 3 kościoły) i poszliśmy do „ekskluzywnej kawiarni” na kawę (by poczuć się jak nasi rodzice w PRL-u). Usiedliśmy przy metalowych stolikach na metalowych krzesłach. Zza metalowej lady gruba pani w czepku zawołała na nas, żebyśmy odebrali dwa metalowe kubki. Aż dziw, że nie były przywiązane na łańcuszku do lady. Mleko do kawy powstało na naszych oczach – zostało sporządzone z mleka w proszku i wody pitnej w mikserze do soków… Ale rezultat był niezły – kawa była duża i dobra.

 

Dołączył do nas Marcos. I to nie sam, ale z innym Wenezuelczykiem, czterema Argentyńczykami i Chińczykiem. Chińczyk i Wenezuelczyk mieszkali w Maracaibo i znali się z Marcosem z Couchsurfingu. Okazuje się, że w tym mieście ludzie z CS są bardzo zżyci – spotykają się 3 razy w miesiącu, wszyscy dobrze się znają. Argentyńczycy byli gośćmi Wenezuelczyka, a nieco ekscentryczny Chińczyk o asymetrycznej fryzurze (jak się okazało – projektant mody) miał prowadzić lekcje Tai-Chi w pobliskiej szkole.

 - Umiesz po chińsku? – spytałam go spontanicznie i od razu uznałam, że moje pytanie jest głupie i nie na miejscu i zaczęłam się wstydzić, że je zadałam – jakby to Chińczyk miał nie umieć mówić w swoim języku…

- Nie, nie umiem.

 

Myślałam, że chłopak droczy się ze mną: głupie pytanie – głupia odpowiedź.

- Moja mama urodziła się w Wenezueli z chińskich rodziców, a tata jest z Chin. Ja urodziłem się tu i nie podobał mi się język, którym mówili rodzice, nie chciałem się go uczyć, więc nie mówię. Mówię za to po hiszpańsku, angielsku i francusku. Kiedyś zapiszę się na mandaryński, bo z chińskich tylko ten mi się podoba.

 

A więc zdarza się, że głupie pytania na pierw nie są takie głupie…

 

W latynosko-europejsko-azjatyckim gronie poszliśmy do spokojnej i czystej (!) dzielnicy  nad jeziorem na melonowo-ananasowo-mangowy sok. Był przepyszny i zimny, co chyba uplasuje go na pierwszym miejscu sympatycznych wspomnień z tego miasta.

 

Marcos był zmęczony, więc pojechaliśmy do domu (a chłopaki poszli w tan). Zrobił dla nas wszystkich kolację w postaci patajonów z serem, bo gdzieś kiedyś wygadaliśmy się mu, że bardzo to danie lubimy. Bardzo, bardzo, bardzo sympatycznie z jego strony.

 

Objedliśmy się strasznie i poszliśmy spać do góry brzuchami.

(27:01:2012 11:31:17)
wejdź

Maracaibo, Wenezuela

Vueltiao - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Vueltiao - Tańce Wśród...
Teatr w Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Teatr w Maracaibo -...
Taxi w Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Taxi w Maracaibo - Tańce...
Katedra w Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Katedra w Maracaibo -...
Kościół w Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Kościół w Maracaibo -...
Magda i Marcos - Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Magda i Marcos -...
Bazylika w Maracaibo - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Bazylika w Maracaibo -...

16 Styczeń 2012 r.

 

Marcin:

 

Przyszedł czas pożegnań. Żal się rozstawać, w końcu był z nami na pięciu kontynentach. Przeżył z nami niejedną burzę, deszcze panamskie, dżunglę Nikaragui, wiatry Himalajów i słońce Sahary. I chociaż kosztował zaledwie 60 zł, mieliśmy do niego ogromny sentyment. Zostawiliśmy wujkowi nasz namiot, teraz jemu będzie bardziej przydatny. Do końca naszej podróży po Ameryce Centralnej mamy zapewnione noclegi, a wujek nie ma w czym spać, kiedy wyrusza w dżunglę Sierra Nevady. Poza tym planujemy powiększenie naszej rodzinki, więc i namiot będzie potrzebny większy.

- Będę dbał o niego jak o skarb. Będzie mu u mnie dobrze. Jak wrócicie tu za dwa, trzy lata, to będzie na was czekał – powiedział wujek.

 

Przespacerowaliśmy się jeszcze nad morze. Z poziomu morza można oglądać majestatyczne ośnieżone szczyty Sierra Nevady. Najwyższy szczyt Cristóbal Colón 5775 m n.p.m. (tę samą wysokość ma pobliski Simón Bolívar). Mamy ogromny niedosyt, że podczas tej wyprawy nie udało nam się iść do Ciudad Perdida. Podobno przejście przez dżunglę jest niezapomnianym przeżyciem. Zabrakło nam czasu i środków. Pięciodniowa wędrówka kosztuje 300 dolarów od osoby. Mamy więc po co tu wrócić. No i trzeba odwiedzić namiot.

 

Pożegnaliśmy się z wujkiem i wyruszyliśmy łapać stopa w kierunku granicy, może tym razem wreszcie się uda. Na całej północy Kolumbii mieliśmy problemy ze złapaniem okazji, bowiem nie jest tu ona rozpowszechniona. Tym razem nam się udało. Zatrzymał się tir wiozący stalowe elementy konstrukcyjne. Do kabiny zapakowała się Magda, a ja z plecakiem wskoczyłem na pakę. Z platformy mogłem podziwiać całą drogę. Razem ze mną na platformę wskoczyła dwójka włóczykijów z Argentyny. Karolina i Juan Jose podróżowali jedynie z dwoma kolumbijskimi torbami. Wyglądali jak dzieci-kwiaty, mieli już mocno zniszczone ubrania, a Juan podróżował bez butów (przez co miał na nogach wiele ran). W jego uchu tkwiła zakrzywiona kość dzikiego ptaka. Okazali się bardzo sympatycznymi osobami. Po drodze mijaliśmy kolejne posterunki policji, które pozdrawialiśmy z wysokiej platformy.

 

W kabinie Magda rozgadała się z kierowcą na dobre. Obiecała, że odnajdzie go na facebooku i zaprosi do znajomych. Kierowca skręcał na drogę do Bogoty, więc wysiedliśmy na rozstaju dróg.

 

Kilka minut później zatrzymał się pickup i dowiózł nas do najbliższego miasta. Tam wzięliśmy taniego busa i dojechaliśmy do miasteczka przygranicznego. Wymieniliśmy pieniądze, zakupiliśmy trochę jedzenia na drogę i taksówką dotarliśmy do granicy z Wenezuelą.

 

Kolejka do odprawy paszportowej prawie się nie ruszała, bowiem na posterunku wysiadł prąd. Straciliśmy półtorej godziny w oczekiwaniu na naszą kolej. Dostaliśmy kolejne pieczątki i znaleźliśmy się oficjalnie w Wenezueli. Szkoda, bo nie polubiliśmy tego kraju. Ale nie mieliśmy wyjścia, z Caracas mamy odlot do Polski i trzeba  się tam jakoś dostać. Ledwo przekroczyliśmy granicę, naszym oczom ukazały się smutne obrazy rezultatów polityki Chaveza. Dramatycznie wyglądające samochody, z powybijanymi szybami, rozklekotane, z karoserią mającą więcej dziur niż dobrej stali, woziły ludzi z granicy do pobliskich miejscowości. CUD, że w ogóle jeździły! Wszędzie walały się śmieci.

 

Musieliśmy dostać się do Maracaibo oddalone o 90 kilometrów. Zrezygnowaliśmy z łapania stopa w Wenezueli, gdyż jest to bardzo niebezpieczne. Zostaliśmy też ostrzeżeni, żeby dalej nie iść, tylko jechać, bowiem kawałek dalej zabijają. Wszystkie busy były pełne i nie mieliśmy już żadnego transportu.

- Możemy się jakoś wcisnąć?

- Tak, bagaże dajcie w przejściu i gdzieś usiądźcie. Zabiorę was za 150 bolivarów od osoby.

 

Początkowo się zgodziliśmy, ale cena nam wydała się wysoka. 150 za 90 kilometów, to trochę dużo. Z Maracaibo do Caracas kursują luksusowe autokary za 110 bolivarów, a trasa jest znacznie dłuższa. Weszliśmy do środka i po cichu zaczęliśmy pytać pasażerów ile płacą za przejazd.

- 120 bolivarów.

 

Mieliśmy sytuację jasną, kierowca chciał nas oszukać. I wcale się nie dziwiliśmy. Oszustwa i łapówki to jedyny sposób, by jakoś wiązać koniec z końcem w Wenezueli. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, by nie zostać okradzionym. Policja i wojsko jest skorumpowane. W ciągu zaledwie kilku lat ceny wzrosły kilkakrotnie, a zarobki spadały. Po drogach jeżdżą trupy, a w ulicach są dziury. Mieszkańców nie stać na wycieczkę na przynależącą do Wenezueli wyspę Margaritę. Żaden Wenezuelczyk nie wybierze się też zobaczyć wodospad Santo Angel, będący najwyższym wodospadem na Ziemi. Koszt przelotu to około 1000 zł w jedną stronę.

 

Długo nie mogliśmy ruszyć, bowiem dodatkowo okazało się, że kierowca nie ma dokumentów. Dopiero po godzinie oczekiwania w zapełnionym busie za kierownicą zasiadł inny mężczyzna.

 

Oszust wszedł do środka i zażądał od nas pieniędzy. Przekazałem mu odliczone 240 bolivarów, choć tak naprawdę powinniśmy zapłacić 200, bo dla nas zostały jedynie miejsca stojące wśród tobołów. Szeptem kierowca powiedział do nas, że za mało mu daliśmy.

- No señor, normal por favor – powiedziałem.

 

Oszust popatrzył na mnie zdziwiony, a ludzie zaczęli się z niego śmiać. Padły komentarze, że chciał nas oszukać. Ostrą postawą względem kierowcy wzbudziliśmy sobie sympatię pasażerów. Niektórzy w drodze ustępowali nam miejsca na jakiś czas, żebyśmy ciągle nie stali.

 

Jechaliśmy strasznie wolno, bo po tej drodze nie dało się jechać szybko. Dziura na dziurze. Po godzinie stanęliśmy. I staliśmy przez kolejną godzinę.

- Dlaczego stoimy?

- Jedna z pasażerek na granicy nie miała dokumentów, bo jej ukradli. Z granicy jedzie tutaj motorem, bo ten jest nieco szybszy niż samochód i nie ma tylu kontroli policyjnych co auto.

 

Faktycznie do busa wsiadła jeszcze jedna, bardzo blada kobieta. W busie zrobiło się jeszcze ciaśniej. Ruszyliśmy i wreszcie jechaliśmy z normalną prędkością. Tylko, że od granicy co kilka kilometrów mieliśmy kontrolę patrolu policyjnego lub wojskowego. Co ciekawe, kontrolowali jedynie dokumenty, plecaków nie sprawdzono nam ani na granicy, ani podczas kontroli. Moglibyśmy mieć samochód wypełniony po brzegi kokainą i byśmy przejechali. Jako, że nasza nowa pasażerka nie miała dokumentów, przy każdej kontroli (a do Maracaibo było ich łącznie 14) płaciła policji łapówkę, żeby puścili ją dalej. Pieniądze w końcu się jej skończyły, więc żeby bus mógł jechać dalej, pasażerowie zaczęli się składać. Zbiórka pieniędzy szła przed każdą kontrolą, a policjanci bardzo chętnie brali kasę.

- Płacą im bardzo mało, dlatego są tak skorumpowani.

 

Do Maracaibo dotarliśmy po sześciu godzinach. Zadzwoniliśmy do Marcosa i przyjechał po nas na dworzec. Wreszcie mogliśmy nieco odpocząć.

(27:01:2012 11:29:43)
wejdź

Palomino

Sierra Nevada de Santa Marta widok z Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Sierra Nevada de Santa...
Sierra Nevada de Santa Marta widok z Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Sierra Nevada de Santa...
Marcin na plaży w Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Marcin na plaży w...
Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Palomino - Tańce Wśród...
Osiołek - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Osiołek - Tańce Wśród...
Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Palomino - Tańce Wśród...
Magda na plaży w Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Magda na plaży w...
Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Palomino - Tańce Wśród...
Palomino - Tańce Wśród Piratów - Blog Magdy i Marcina - Why Not FLY
Palomino - Tańce Wśród...

15 Styczeń 2012 r.

 

Magda:

 

Rozmawiałam z Jhojaxonem o ciekawych rzeczach w okolicy.

- 7 kilometrówod Santa Marta jest wioska rybacka Taganga, gdzie zatrzymuje się wielu backpackerów. To malownicze miejsce, jest tam wiele klubów nurkowych i zawsze jest rumba. Jakieś pół godziny drogi na południe jest Minca, nowoczesna wioska ekologiczna u podnóża Sierra Nevada, w której są liczne plantacje kawy i rzeka. No i jest Palomino, miejscowość nad morzem, gdzie żyją Indianie i gdzie można zobaczyć ośnieżone pasma Sierra Nevada z plaży. Jest to jedyne miejsce, skąd można zobaczyć panoramę Sierry i to z poziomu morza.

 

Zobaczyć najwyższy szczyt Kolumbii wznoszący się ponad 5600 mnpm z poziomu morza, w dodatku w otoczeniu Indian wydało nam się bardzo ciekawe.

- Jedziemy zatem do Palomino! – zdecydowaliśmy.

- To świetnie, bo mieszka tam mój wujek, Juan. Możecie rozbić sobie namiot na jego fince. Wysiądźcie koło stacji benzynowej ”La Sierra” i idźcie szutrową drogą w górę, jakieś 5-7 minut. Działka będzie po lewej stronie. Dom Indian jest zaraz za działką wujka, a następnie jest cmentarz – zatem jak go zobaczycie, to znaczy, że minęliście finkę. Pytajcie ludzi, która to działka, bo wujka całe Palomino zna.

 

Wyposażeni w te wskazówki, ruszyliśmy w drogę. W centrum Santa Marta poszliśmy jeszcze na mszę świętą w Katedrze, czyli w najstarszym kościele katolickim w całej Ameryce Południowej! Bo trzeba wiedzieć, że Santa Marta to pierwsze miasto założone przez Hiszpan na terenie kontynentu, powstałe w 1525 roku. Katedra nie była specjalnie ładna, ale była w niej ciekawa figurka Maryji, która przybyła wraz z założycielami miasta, jako dar Korony Hiszpańskiej.

 

Stanęliśmy na drodze wylotowej z miasta. Łapaliśmy wszystko – i autobusy, i okazje, ale przez godzinę nic nie chciało się nam zatrzymać. Autobusy jechały pełne z Baranquilli, a osobówki w większości wiozły całe rodziny. W końcu jednak podjechał jakiś lokalny autobus, który tu rozpoczynał trasę i udało nam się wsiąść.

 

Mijaliśmy mnóstwo plantacji bananów i mnóstwo punktów sprzedaży rękodzieła Indian Wayúu. Po godzinie dotarliśmy do Palomino, wysiedliśmy przy odpowiedniej stacji. Od razu zobaczyliśmy kilkunastu Indian: długowłose kobiety i mężczyźni, wszyscy na bosaka, odziani w bardzo proste bawełniane białe stroje i każdy wyposażony w kilka ręcznie plecionych torebek, skrywających pewnie większość dobytku.

 

Idąc szutrową drogą, widzieliśmy napisy „Hay chicha”, czyli „Jest czicza”.

- Może wreszcie spróbuję tego napoju – wyraził ochotę Marcin.

- Dobrze, to zapukajmy.

 

Chłopak podał nam dwie szklane butelki po coca-coli, napełnione różową, nie przeźroczystą cieczą… Zarówno kolor, jak i sposób podania wzbudziły moje podejrzenia. W Boliwii trunek ten zawsze pije się z czarek zrobionych z połówek kokosa. Nikt nie dałby takiej świętości w butelce po coli. No i boliwijska chicha ma naturalny kolor – mętny, lekko żółtawy lub czerwonawy, w zależności od tego, z jakiej kukurydzy przyrządzony (w Boliwii są dwa typy dużej kukurydzy, zwanej chochlo, moreno, czyli ciemna, w kolorze buraka oraz blanco, czyli biała). Napój ten jest spuścizną indiańskiej tradycji: przygotowuje się go, powodując fermentację ziaren kukurydzy poprzez ich przeżuwanie.

 

Otworzyliśmy jednak butelki. Napój smakował jak kaszka ryżowa z dodatkiem owocowego aromatu. Nie było w nim czuć alkoholu…

- Z czego jest ta chicha? – spytaliśmy chłopaczka. – Chyba nie ma w niej procentów!

- Nie ma przecież procentów w chichy, to napój z gotowanego ryżu – wyjaśnił młodzieniec.

 

A więc nie jednemu psu Burek…

 

Dotarliśmy do parceli wujka. Powitał nas radosny starszy pan. Jego twarz była mocno osmagana słońcem i rozświetlona szczerym uśmiechem.

- Jesteśmy znajomymi Jhojaxona. Przysłał nas tu z Santa Marta. Czy możemy przenocować w namiocie na pana działce?

- Oczywiście! Czujcie się tu jak w domu! Proszę, rozgośćcie się.

 

Rozbiliśmy namiot i chcąc wykorzystać ostatnie chwile przed zmrokiem, poszliśmy na plażę. Nie zdążyliśmy jednak dotrzeć tam przed zachodem słońca i podziwianie panoramy zostało nam na jutro. Zrobiliśmy sobie jednak miły spacer pod wygwieżdżonym niebem, w towarzystwie księżyca i przy rozszalałym morzu, nad którym władał dziś silny wiatr.

(26:01:2012 09:19:36)
wejdź

Park Narodowy Tayrona, Playa Cristal, Neguanje i Santa Marta

14 Styczeń 2012 r.

 

Marcin:

 

Playa Cristal miała te same walory co poprzednia. Dodatkowo fale nie uderzały tu z siłą, lecz były bardzo spokojne, między innymi dlatego, że Playa Cristal znajduje się lekko na uboczu od otwartego morza. Dodatkowo rafa zaczyna się tu bezpośrednio przy brzegu. Te czynniki zachęcają ryby z Morza Karaibskiego do zamieszkania w tym miejscu. Władze postanowiły zrobić tu rezerwat rafy koralowej, a teren objęły ochroną tworząc „park”. Poza tym, że nazwali go „parkiem” i pobierają haracz w wysokości 35000 peso za wstęp (czyli około 55 zł), nie zrobili nic, żeby stworzyć jakąkolwiek infrastrukturę. „Parkowa droga” (w zasadzie jaka droga) ma więcej dziur niż ustawa przewiduje. W „parku” brak prysznica dla plażowiczów kapiących się w morzu, należy myć się w parkowej rzece, która razem z mydlinami trafia wprost na rafy. Istniejące ubikacje zachęcają do korzystania z pobliskich drzewek, krzaków i zakamarków, byle nie z ubikacji, a po całym terenie jeżdżą motorówki (czuć więc benzynę i spaliny). Rybacy zaś łowią ryby w sieci, a odpadki z ryb wyrzucają do lasu zachęcając drapieżne ptaki to przybywania na obszar „parku”. Gdzie więc jest ten „park”? Zrobiono wszystko, żeby teren zniszczyć i jeszcze na tym dobrze zarobić.

 

Poobserwowaliśmy morskie dno, które jeszcze jest piękne, ale najprawdopodobniej to się zmieni na gorsze. Po kilku godzinach przeszliśmy na wczorajszą plażę, gdzie od świtu uwijał się przy plażowiczach Jhojaxon. Chcieliśmy pojechać tego dnia do Minca i wyjść wcześniej z „parku”, ale dopiero po południu pierwszy transport wyruszał w kierunku Santa Marta. Zmuszeni do pozostania skoczyliśmy do morza i baraszkowaliśmy w nim radośnie.

 

Kiedy Jhojaxon zakończył swoją pracę, wsiedliśmy do chivy. Chiva to nic innego jak autobus, który służy do dowożenia ludzi do pola, a w miastach odbywają się w nim imprezy. I tym razem rozpoczęła się rumba, czyli impreza. Kierowca włączył muzykę, a pasażerowie klaskali i śpiewali przez całą drogę do miasta, zwracając tym samym na siebie uwagę mieszkańców pozdrawiających nas z pobocza. W Medellin przejeżdżaliśmy kolo takiego autobusu i widzieliśmy w środku tańczących przy głośnej muzyce ludzi.

 

Kiedy dotarliśmy do domu Jhojaxona, jego mama postanowiła zdradzić nam sekrety kuchni kolumbijskiej. Poznaliśmy więc tajniki przygotowywania pata jonów, czyli naszych ulubionych bananowych placków. Wytłumaczyła też jak po kolumbijsku gotuje się ryż. W wolnej chwili na pewno zamieścimy kilka przepisów kolumbijskich potraw na naszej stronie.

(24:01:2012 09:23:57)
wejdź

Park Narodowy Tayrona, Neguanje

13 Styczeń 2012 r.

 

Marcin:

 

Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie? Nie, trzeba się pożegnać ze spaniem, czas się pakować i ruszać do Parku Narodowego Tyrona. Jeszcze przed świtem znaleźliśmy się na placu targowym, skąd odjeżdżały busy wiozące pracowników parku. Zapakowaliśmy się do środka. Przystanek dalej dołączyła się do nas czwórka innych osób chcących dostać się tą samą droga na teren parku. Żeby wejść do środka trzeba zapłacić 35000 peso, natomiast bus wiozący pracowników do parku wwozi ludzi beż konieczności kupowania biletów. Gdyby nie kontakt z Jhojaxonem z CouchSurfingu, najprawdopodobniej nie skorzystalibyśmy z tej możliwości.

 

Koło godziny 7:30 mogliśmy się rozkoszować cudownym widokiem roztaczającym się z plaży. Skały porośnięte kaktusami i drzewami ostro schodziły do wody. W niektórych miejscach z wody wystawały wyspy skalne. Rafa koralowa miała idealne warunki do rozwoju na skalnej podstawie. Przy brzegu były dość mocne fale, więc i woda była mętna, ale kilkadziesiąt metrów dalej idealnie klarowna woda pozwalała na obserwację rafy koralowej.

 

Brak snu dał się nam we znaki, więc rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Kilka godzin później na plaży pojawiły się wieloryby, czyli plażowicze. My wskoczyliśmy do przyjemnie ciepłej wody i baraszkowaliśmy w niej przez kilka godzin skacząc na morskie fale.

- Po południu przejdziemy się na sąsiednią plażę, tam restaurację ma mój kolega, będziecie mogli rozbić u niego namiot – zaproponował Jhojaxon. Ja dotrę trochę później, bo muszę dokończyć pracę.

 

Kiedy przyszła umówiona pora ruszyliśmy z Magdą ścieżką przez las w kierunku wskazanej plaży. W nocy w lesie była jednak wichura i w niektórych miejscach ścieżka była zablokowana. Odbiliśmy od utartego szlaku i weszliśmy na nieco zapomnianą ścieżkę. Dżungla zaczęła się już nią interesować, więc wyjąłem maczetę i przetrzebiłem drogę. Kilkanaście minut później byliśmy na miejscu.

 

Rozbiliśmy namiot i w oczekiwaniu na Jhojaxona zaczęliśmy przy latarce rozwiązywać sudoku. Jeszcze niedawno Magda nie znała zasad tych łamigłówek, ale kiedy w Kolumbii wytłumaczyłem Jej o co w tym chodzi, każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na sudoku.

 

Kiedy nastały egipskie ciemności i już myśleliśmy, że Jhojaxon się nie pojawi usłyszeliśmy wołanie naszego kolegi.

- Chodźcie, przedstawię wam moich przyjaciół.

 

Jhojaxon przyniósł nam po butelce piwa i usiedliśmy wspólnie z jego przyjaciółmi na plaży rozkoszując się rozgwieżdżonym niebem, szumem fal i smakiem złotego trunku. Po imprezie wróciliśmy do namiotu, a Jhojaxon rozłożył swój hamak, po czym udaliśmy się w objęcia Morfeusza.

(24:01:2012 09:23:05)
wejdź

Droga do Santa Marta

12 Styczeń 2012 r.

 

Magda:

 

- Cześć, przyjaciele! – krzyknął Carlos, prosto na którego wysiedliśmy z autobusu. – Dokąd się wybieracie?

- Witaj! Spróbujemy łapać stopa do Santa Marta.

 

Jak dobrze zobaczyć znajomą uśmiechniętą twarz! Carlos miał na szyi drewniane koraliki, które daliśmy mu przedwczoraj na pamiątkę. 

- Nosisz to, widzę – powiedziałam.

- Tak! Będę strzegł jak skarbu!

 

Carlos zapakował na swój motor najpierw Marcina i Jego Wielki Plecak i odwiózł go pod posterunek policji, a potem mnie i Mój Mniejszy Plecak, również duży i ciężki i odstawił w to samo miejsce.

-  Tu będzie wam łatwo coś złapać – jak nie będzie wam szło, to policja wam pomoże, zatrzyma kogoś i wsadzi mu was do auta.

 

Przekonawszy się o serdeczności policji w Kolumbii byliśmy w stanie z marszu w to uwierzyć. Carlos czekał z nami, aż coś zatrzyma się. Nie trwało to długo, bo po 10 minutach zatrzymał się jeep.

- Dokąd jedziecie?

- Do Santa Marta.

- Mogę podwieźć was jakąś godzinę, chcecie?

- Jasne, wsiadamy.

 

Wyściskaliśmy się z Carlosem za wszystkie czasy i pomknęliśmy srebrzystym jeepem. Okazało się, że kierowca jest z Medellin, ma finkę w połowie drogi z Cartageny do Baranquilli i właśnie tam zmierza. Jego pochodzenie wyjaśnia wiele, dlaczego się zatrzymał. Ludzie z wybrzeża podobno nigdy nie zatrzymują się, by zabrać stopowiczów – nie ma tu takiej tradycji.

- Dużo tak podróżujecie, czekając na okazję? Jest to możliwe w Kolumbii? – spytał kierowca.

Opowiedzieliśmy panu o naszych doświadczeniach.

- To macie szczęście! Faktycznie, spotykacie samych bardzo dobrych ludzi!

Wyciągnęłam obrazek z Janem Pawłem II i wręczyłam kierowcy.

- On nam pomaga! Papież-Polak był na tej ziemi, podróżował dużo. Chyba nas wspiera z góry.

 

Kierowca przeżegnał się obrazkiem i umieścił go w widocznym miejscu.

- Dziękuję! To dla błogosławieństwa mojego auta! Tutaj wszyscy kochamy tego Papieża. Faktycznie nas odwiedził i bardzo dużo wiedział o naszych problemach. I wiem też, jak bardzo był ważny dla waszej historii. Wiem, że gdyby nie Papież i Wałęsa, w Polsce dziś nie byłoby tak jak jest.

 

Zaskoczyła nas historyczna świadomość kierowcy. Przyznaliśmy mu rację. Dyskutowaliśmy całą drogę o Polsce i Kolumbii. Jak przystało na mężczyznę z Antiochii, pan okazał się przemiły. Zaproponował, żebyśmy zostali na jego fince nad morzem, kusił, że może zorganizować nam konie, żebyśmy trochę pojeździli. Niestety, dziś musieliśmy dotrzeć do Santa Marta.

- No to chociaż pojedźcie ze mną zobaczyć finkę, mogę też wam pokazać dużo kolorowych wulkanów, podobnych do El Totumo.

 

Ta propozycja była na tyle kusząca, że przystaliśmy. Pojechaliśmy na finkę, z której roztaczała się cudna panorama na morze. Finka była na wzgórzu, położenie miała rzeczywiście urocze.     

 

Pan poczęstował nas ogromnymi kokosami i oprowadził po domu na szczycie wzgórza oraz pokazał nam kopalnię kamieni.

- Mam taki biznes w Medellin – sprzedaję kamienie, żwir i piasek. Wszystko jest stąd. Tu macie moją wizytówkę. I gdybyście zmienili plany, albo jeszcze kiedyś byli w Kolumbii, zadzwońcie do mnie, tu jest wasz dom.  

 

Pan wsadził nas z powrotem w jeepa i pognaliśmy przed siebie przez kilka prywatnych posiadłości. Jedna z nich była dość podmokła i … całysamochód obryzgał się błotem.Wyjechaliśmy jednak na górkę, na której stał dom z basenem i jeep szybko powrócił do poprzedniego koloru. W trakcie mycia auta, podziwialiśmy piękny tropikalny pejzaż. Finki były przeogromne, sprawiały wrażenie, że ludzie żyją na zupełnym pustkowiu.

 

Czystym autem, wytyczając nową ścieżkę, dotarliśmy wreszcie do owych kolorowych wulkanów. Na prywatnej posesji znajdowało się 38 maleńkich i większych kraterów błotnych. Niektóre bulgotały, a niektóre zdawały się być przyschnięte. Chciałam przez taki jeden zaschnięty krater przejść, ale … zastygnięta była tylko zewnętrzna powłoka i … nagle poczułam ciepłe błotko na całych nogach… Wpadłam do środka!

 

Wyszłam szybko z błotnej kąpieli, musiałam powycierać się jakoś, by wejść do samochodu… Wszyscy mieli ze mnie ubaw, ja z resztą też śmiałam się z siebie nie mało. Zatrzymaliśmy się przy jeziorku, gdzie mogłam się umyć i przy pomocy mydła odzyskać bały kolor skóry na nogach.  Nasze oglądanie kolorowych wulkanów błotnych miało więc charakter empiryczny.

 

Pan zawiózł nas na stację benzynową na drodze do Baranquilla, pożegnaliśmy się. Niestety, zrobiło się już za późno jak na łapanie stopa, więc do Santa Marta dotarliśmy autobusem. Było w nim STRASZLIWIE zimno. Widać, we wszystkich krajach Ameryki Centralnej autobusy mają za zadanie mrozić pasażerów. Być może jest to dla nich atrakcja w tych gorących klimatach…

 

W Santa Marta na dworcu spotkaliśmy się z Jhojaxonem z CouchSurfingu. Następne kilka dni spędzimy z nim.

- Pracuję w Parku Narodowym Tayrona – powiedział Jhojaxon – jeśli macie ochotę, możecie pojechać jutro ze mną transportem dla pracowników, nie będziecie wtedy musieli płacić po 18$ za wstęp do parku. Warunek jest tyko taki, że trzeba wcześnie  wstać. Pracowniczy bus odjeżdża o 5.30.

 

Jasne, że jesteśmy chętni!

 

Jhojaxon zna w parku wszystkich, dlatego zapewnił nas, że będziemy mogli rozbić namiot przy restauracji znajomych i że zaprowadzi nas do najładniejszych raf koralowych.

 

Idziemy zatem spać, by jutro z ranka wstać na spotkanie z przyrodą.

(23:01:2012 12:47:58)
wejdź

Islas del Rosario, czyli kicz nad kicze

11 styczeń 2012 r.

 

Marcin:

 

Historia lubi się powtarzać. Bardzo stara historia, bo ta mówiąca o początkach człowieka na ziemi. Zanim ludzie pojawili się na ziemi, zostali strąceni z Raju. Wszystko za sprawą węża i pośrednio za sprawą kobiety. Facet tak ma, że czasem posłucha niewiasty i zdarza się, że potem zarówno niewiasta jak i niewiast żałują swojego kroku. Tak stało się i tym razem.

- SSSSSSSSSSSSSSsssssss… Kup wycieczkę, kup wycieczkę… - namawiał nas obnośny sprzedawca wycieczek.

- Marcin, patrz, wszyscy których poznaliśmy namawiali nas, żebyśmy pojechali na wyspy Rosario. Jedźmy tam, podobno jest tam pięknie. No i mieszkali tam piraci. To 27 maleńkich wysp, które kiedyś były ich przyczółkiem. Widziałam na zdjęciach bajeczne rafy koralowe. Moglibyśmy tam nurkować.

- A jaki jest plan tej wycieczki?

- SSSSSSSSssssss… Można tam nurkować, jest bardzo ładnie, ssssssss, popłyniecie na wyspę gdzie jest ładna rafa i akwarium morskie, a potem na Playa Blanca, gdzie dostaniecie obiad i będziecie również mogli oglądać rafę koralową. To najładniejsza plaża w Kolumbii.

- Jedźmy – ponownie zaproponowała Magda

- Jedźcie, sssss… - zawtórował sprzedawca.

 

I pojechaliśmy, a raczej popłynęliśmy. Namówiony (ja) i namawiająca, (czyli moja droga małżonka) po wycieczce mieli żałować tego kroku, ale co się stało to się nie odstanie. Trudno.

 

Ledwo odbiliśmy od brzegu, łódka, na której znajdowało się ponad 400 osób zaczęła się mocno kołysać na boki. To mogło doprowadzić tylko do jednego. Wszystkie ubikacje były wiecznie zajęte i to nie z powodu zbiorowego oddawania moczu. Ponad połowa pasażerów wyglądała blado, niektórym brakowało tchu, a kilkadziesiąt osób leżało na podłodze dla zmniejszenia skutków działania choroby morskiej. Po pokładzie nie dało się inaczej chodzić, jak tylko krokiem marynarskim.

 

Wyspy Rosario są otoczone przez rafy. Jako, że rafa koralowa łatwo się niszczy, władze postanowiły zrobić tam park narodowy, by ją chronić. Woda jest tam idealnie przejrzysta, tak że widać rafę położoną kilkanaście metrów pod wodą. My właśnie zdecydowaliśmy się na „wycieczkę”, żeby zobaczyć rafy. Ale cóż z tego, że jest to teren chroniony, skoro wszędzie krążą łodzie motorowe, czuć spaliny i benzynę. To niestety mocno zakłóca dobre samopoczucie na wyspach.

 

Podczas kiedy turyści tłumnie szli zobaczyć akwarium morskie przygotowane na wyspie, my założyliśmy maski i rurki i popłynęliśmy oglądać rafę. Niestety, nie było to możliwe, bowiem motorówki krążące koło nas nieustannie, nie dość, że zdecydowanie chciały nas rozjechać, to jeszcze mieszały wodę z mułem i przejrzystość wody w okolicach wyspy była żadna. Żeby zobaczyć rafę, trzeba przepłynąć na inną wyspę co kosztuje i to nie mało, bo tutejsi ludzie się cenią. Gdybyśmy się jednak zdecydowali popłynąć, to tylko na kilkanaście minut, bowiem przystanek „wycieczki” na tej wyspie trwał zaledwie godzinę. Jedyna opcja, żeby spokojnie pooglądać morskie dno, to przypłynąć tu jachtem na dłużej, bo warto.

 

Trudno. Jak do tej pory obietnice sssssssssssssssssprzedawcy „wycieczki” okazały się fałszywe. Ale podobno przy „najładniejszej plaży w Kolumbii”, gdzie mieliśmy popłynąć na drugi przystanek też jest bardzo ładna rafa i to zaraz przy brzegu, a po dopłynięciu na miejsce załoga serwuje obiad.

 

No to płyniemy. Na podłodze leży jeszcze więcej pasażerów niż za pierwszym razem a ubikacja jest zatkana na dobre. Niektórzy w ogóle z niej nie wychodzą. My też zrobiliśmy się zieloni, ale wytrzymaliśmy.

 

Dopłynęliśmy do „najładniejszej kolumbijskiej plaży” jak ją opisują w Lonely Planet i za pomocą kładki-promu przedostaliśmy się na ląd. Po całej plaży chodzili mężczyźni zachęcający do snorkelingu i oferujący wypożyczenie masek i rurek. Skoro wszyscy mówią, że jest tu ładna rafa i jeszcze wynajmują sprzęt, to znaczy że tak jest. Zeszliśmy pod wodę i popłynęliśmy. Rafa faktycznie była tu ładna, ale co chwilę ktoś na nas wrzeszczał z łodzi motorowej, że nie może pływać. Wręcz byliśmy przez łodzie osaczeni, a każdy zamach nogami musieliśmy śledzić, czy przypadkiem nie wkręcimy się w śrubę motorową. Dramat. Totalny bezsens. Z całego pobytu na plaży najfajniejszy był obiad. Opalanie się też było do kitu, bo ciągle było czuć zapach spalin i benzyny.  Zaś sama „najładniejsza kolumbijska plaża”, czyli Playa Blanca, wcale nie była najładniejsza, bo do tej pory przynajmniej ta w Tolu była znacznie ładniejsza i ciekawsza.

 

NIGDY WIĘCEJ ZORGANIZOWANYCH WYCIECZEK.

(23:01:2012 09:10:58)
wejdź

Archiwum

2012 : Styczeń

2011 : Grudzień : Listopad

Dzięki współpracy z firmą WhyNotTravel sp. z o. o. sp. k., która jest Akredytowanym Agentem IATA, możemy zapewnić Państwu gwarancję usługi na najwyższym poziomie. Oferujemy sprzedaż biletów lotniczych, rezerwacje hoteli oraz ubezpieczenia podróży.

Why Not Fly IATA